Ibuprom | Dla Niepokonanych

X

Maniakalny Wielbiciel Dżungli

Moja pasja to podróże i wszystko co z nimi związane - najdalsze zakątki świata, ciekawi ludzie, orientalna muzyka i smakołyki, których smaku się nie zapomina.

Głosów: 0 2691 miejsce w rankingu odsłon profilu: 429
2009-08-23

Moje wspomnienia z dżunglii

Miało być Iquitos, ale nie wyszło. Wszystkie bilety na samolot były już wykupione, więc, nie do końca zadowolony, kupiłem bilety do Pucallpy. Po jednym z najbardziej hardcorowych lotów w moim życiu (gdzie prawie straciłem dwie jedynki od hamburgera, który odbił się od nich w trakcie turbulencji) znalazłem się w miejscu, które lekko odbiegało od Salar de Uyuni pod względem klimatu. 30 stopni Celsjusza i prawie 100% wilgotność powietrza uderzyły we mnie zaraz po wyjściu z lotniska.

Hotel o podchwytliwej nazwie "Peru", przywitałem łamiąc klucz w zamku, gdy próbowałem się dostać do mojego pokoju. Za karę dostałem inny, o 5 soli tańszy (ładna mi kara!), gdzie nareszcie mogłem wziąć cudowny, zimny prysznic. Pomijając fakt, że woda się skończyła dokładnie w momencie, gdy skończyłem się mydlić, znów miałem wrażenie, że jestem w niebie ;-).

Tego samego wieczoru wyruszyłem motorikszą nad jezioro Yarinacocha, z którego wypłynąć można wprost na Ukayali. Mimo późnej pory, szybko znalazłem przewodnika - Elvisa, który, ku mojemu niewielkiemu zaskoczeniu, ni w ząb po angielskiemu nie gadał. Po dwudziestominutowej sesji kalamburów, umówiliśmy się na następny dzień, na trzydniową wyprawę w selvę.

Rano Elvis nie prezentował się najlepiej. Gdy przybyłem o 9.00 w umówione miejsce, zastałem go lekko jeszcze wczorajszego. Gdy zorientowałem się, że gość ma poważny problem ze skoordynowaniem poważnej operacji zapięcia rozporka, troszkę zwątpiłem, czy chcę by akurat ten gość prowadził mnie przez dżunglę. Na szczęście Elvisowi nie w smak była trzydniowa zabawa w kalambury (hehe, ciekawe jakby pokazał: "Uwaaażaj Gringo! Anakonda!") i zaprowadził mnie do swojego kolegi po fachu o mitologicznym imieniu Aquiles, który posługiwał się językiem powszechnie znanym pod nazwą "kind of English". Wspólnie z jego synem - dla odmiany Aquilesem, tyle, że juniorem - wsiedliśmy do łodzi o lajfstajlowej nazwie Yarina Tours i ruszyliśmy przed siebie.

Jak się później dowiedziałem, obecność Aqulesów Dwóch była konieczna z następujących przyczyn: 1) junior uczył się fachu od taty; 2) większość łodzi w tym regionie ma na stanie dwóch członków załogi stałej, z których nie wiadomo, który jest ważniejszy. Jeden bowiem zajmuje się sterowaniem i obsługą silnika, a drugi... wybieraniem wody ;-). I tak własnie, wybierając wodę, wypłynęliśmy sobie na upragnione, wyśnione i wyczytane w książkach Pawlikowskiej - Ukajali.

Sama rzeka jest szeroka i ma barwę brudno brązową. Jednak ilość istot w niej pływających przyprawia o zawrót głowy! Latające ryby były pierwszymi z nich. Mówię Wam - niezły odlot! Poza tym: delfiny słodkowodne, piranie, węgorze elektryczne, płaszczki z turbo kolcem, rybki Canero (chyba przodują w rankingu pomysłowości na umilenie życia gatunkowi ludzkiemu. W telegraficznym skrócie wpływają one we wszystkie możliwe ludzkie otwory, gdzie zakotwiczają na stałe i bynajmniej radości nie sprawiają) i inne dziwne stwory. Część z nich za to wyśmienicie smakuje - choćby sumy, które jedliśmy z Aquilesami na obiad, lub piranie, o których napiszę później.

Bestie żyjące na lądzie nie ustępują potworom wodnym (w smaku ponoć również, choć niestety nie miałem wiele okazji by ich spróbować). Iguany (których nie widać - zgadnijcie dlaczego), pumy (widzieliśmy tylko ślady), małpy (zasuwają po drzewach tak, że trudno je wyłowić spojrzeniem), białe czaple, pięknie ubarwione motyle czy anakondy (mniam, jedna anakonda wyżywi 3 osoby przez tydzień), to tylko niektóre z nich. Płynęliśmy cały dzień. Rozglądając się nieustannie i wydając niekontrolowane "ochy" i "achy" dotarliśmy w końcu do łysej polanki, stanowiącej jaśniejszą plamę na tle otaczającej ją dżungli. "Zobacz, ten ślad zostawił aligator" - powiedział Aquiles pokazując mi jakąś szramę odciśniętą na brudno brązowym piasku, po czym dodał: "Tutaj śpimy". "Hehe", pomyślałem, po czym wyciągnąłem komórkę w celu zamówienia taksówki powrotnej. Niestety zapomniałem, że komórka nie działa, a taksówki nie dojeżdżają do dżungli. Za to Aquilesy Dwa zdążyły już rozstawić na brzegu moskitierę przykrytą prowizorycznym daszkiem. Moskitiera bomba, bo bezczelne moskity zaczęły już ciąć w najlepsze, ale - zaraz, zaraz, trochę ona mała jak na 3 osoby. "My śpimy na łodzi" - powiedział Aquiles jakby czytając w moich myślach, po czym dodał: "Boimy się aligatorów, hehe". Ładne mi hehe, postanowiłem jednak ostatnie zdanie zrzucić na karb nieporozumień językowych. Zjadłem kolacyjkę, wlazłem pod moskitierę, po czym błagając wszystkie aligatory świata, żeby udały się w tym momencie na wakacje do Europy, zasnąłem jak dziecko.

Pierwszy obóz

Obudziłem się o północy. Ciemno jak w... dżungli, za to akustycznie jak na Woodstock'u. Odgłosy małp, świerszczy, cykad, ptaków, moskitów, tarzana, ryb co to podobno nie mają głosu i miliona innych stworzeń brzmiał jak orkiestra symfoniczna. Pora wstawać by zapolować na aligatory. Z lekką "wydygawką" wyszedłem spod moskitiery i poszedłem obudzić Aquilesów. Chwilę później płynęliśmy już łodzią w poszukiwaniu wstrętnych gadów.

Aquiles zaszalał. Wyciągnął latarkę wielkości naszej lampy ulicznej, po czym odpalił ją, tylko po to, by przekonać się, że z takim sprzętem nie dojrzymy nawet świetlika. Miała bowiem taki zasięg, że trzymając ją w wyciągniętej w dół ręce, światło nie sięgało nawet butów. Uratowała nas moja czołówka, która szybko naświetliła nam sprawę aligatorów. Oczy tych gadów świecą się w ciemnościach tak niesamowicie, że ma się wrażenie, że w oddali płoną gdzieś dwa ogniska i to płoną intensywnym, pomarańczowym światłem. Same gady (de facto były to kajmany - ale słowo "aligator" było jedynym znanym zarówno przez Aquilesa jak i mnie) nie są zbyt duże, chociaż szuflada zębów zdecydowanie nie zachęca do kąpieli.

See you later, krokodajl ;-)

Godzina 5.00. Bzzzzzzz... Bzzzzzzzz...

Godzina 5.30. Bzzzzzzz... Bzzzzzzzz...Bzzzzzzzz...

Godzina 6.00. Bzzzzzzz... Bzzzzzzzz...

Godzina 7.00. Bzzzzzzz... Bzzzzzzzz... Bzzzzzzzzzz... Bzzzz...

Dłużej nie dałem rady. Wściekły jak osa...hm... wściekły jak cokolwiek, co nie jest owadem, nasmarowałem się od stóp do głów repelentem i wyskoczyłem spod moskitiery. Po szybkim śniadanku ruszyliśmy w dżunglę. Aquiles, machając maczetą, torował nam drogę. Ja, machając czym się dało, odganiałem bzyczące świństwa. Dopiero lepki bordowy sok wyciśnięty z kory drzewa i wsmarowany w skórę zniechęcił upierdliwe owady. Szybko jednak zaczęła mi doskwierać ogromna wilgotność powietrza i zabójcza temperatura - po mroźnej pustyni nie zdążyłem się jeszcze przestawić na upały. Gdy już zacząłem żałować, że zapasy wody zostawiłem w łodzi, Aquiles, czytając w moich myślach odwrócił się i chytrze zapytał: "Water?". "Si, por favor" - odpowiedziałem moim "kind of Spanish", zastanawiając się, skąd on do cholery zamierza wytrzasnąć wodę nadającą się do picia. Aquiles machnął kilka razy maczetą i wyciął z grubej liany wiszącej nad moją głową, 2 metrowy kawałek, po czym naostrzył go jak włócznię. "Oho, upolujemy tapira i napijemy się jego krwi" - palnąłem, po czym zorientowałem się, że z naostrzonego końca liany leje się krystalicznie czysta woda. Byłem tak zaskoczony, że dobre pół litra spłynęło zanim wreszcie postanowiłem się napić. Pychotka!

Woda! Woda! Woooda!!!

Aquiles pokazywał mi później wiele innych cudów przyrody. Olbrzymie drzewa mahoniowe, liczące sobie ok. 500 lat, kauczukowce i milion innych, równie ciekawych rzeczy. Zaintrygowało mnie na przykład toksyczne drzewo pokryte kolcami. Ponoć jakiś czas temu, jacyś nie do końca rozgarnięci gringos wzięli to drzewo za kauczukowca, po czym porobili nacięcia i zaczęli zbierać spływający gęsty płyn do pojemników. Przykre, ale żaden z nich już nie wrócił do domu. Z drugiej strony ten sam płyn, stosowany w małej ilości, potrafi uratować życie po ukąszeniu jadowitego węża. Kolejnym hitem była pewna roślina lecznicza - posiadająca zbawienne działanie na prostatę. "2 miesiące, zero alkoholu, zero seksu" - powiedział Aquiles pokazując na kawałek gałązki. Dziękuję, to nie dla mnie. Pokazywał mi również ślady pumy, która przechadzała się tu wcześniej z młodymi. Niestety byłem już wtedy tak wykończony upałem, że niewiele mnie to obeszło. Mogłyby to być ślady Yeti prowadzące do El Dorado, a i tak nie zwróciłbym na nie większej uwagi. Odżyłem dopiero, gdy w przyjemnym chłodzie unoszącym się nad rzeką, popłynęliśmy łowić piranie.

Łowienie piranii przypomina mi... hazard. Mam pulę wejściową w postaci ryby. Ćwiartuję ją na kilka kawałków, nabijam jeden z nich na haczyk i zaczynam połów. Głodne piranie potrzebują 10 minut, żeby uporać się ze zjedzeniem krowy. W 5 minut są w stanie ogołocić człowieka do kości. Nie muszę zatem dodawać, że zdjęcie kawałka ryby z haczyka nie stanowi dla nich większego problemu - robią to w mgnieniu oka. Jeśli na posiadaną pulę rybiego mięsa uda mi się złowić choć jedną piranię - zyskuję tym samym nową pulę do rozdysponowania. Ćwiartuję i gram dalej. Jeśli nie złowię nic - odchodzę od "stołu" przegrany. Nam udało się wrócić z pięcioma piraniami, mimo, że złowiliśmy ich ponad dwadzieścia. Usmażyliśmy je w pobliskiej wiosce i zjedliśmy ze smażonymi bananami warzywnymi.

Złota rybka

Noc spędziłem w chacie stojącej na półtorametrowych palach (w porze deszczowej poziom wody wzrasta tu nawet o 3m). Zamykając drzwi - ujrzałem na klamce czterocentymetrowego karalucha. Śmiejąc się, nazwałem go "Zenek" pstryknąłem mu fotkę - w porównaniu do karaluchów, jakie widzieliśmy w Limie, ten był miniaturką. Schowałem aparat, wskoczyłem pod moskitierę rozwieszoną nad podłogą i poszedłem spać. Minęło 5 minut, zastukało i zapukało w dach, po czym... lunęło. Ale jak! Najintensywniejszy deszcz jaki widziałem w Polsce to kapuśniaczek w porównaniu z tym, który potrafi spaść w Dżungli Amazońskiej. To tak jakby pryskać z nieba karcherem, równomiernie w każdym punkcie. Ale nic to - leżę sobie przecież w bezpiecznym domku, a Aquilesy mokną w łajbie. Hm... po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że przecież w domku jest dużo miejsca i nie ma aligatorów (hic!), więc chłopaki spokojnie mogą się tu przekimać. Rozebrałem się do gatek i pobiegłem w kierunku łodzi (zawsze lepszy taki prysznic, niż kąpiel w Ukajali z rybkami canero;-)). Po drodze zwiał mi spod nóg jakiś cienki, długi wąż (dopiero później Aquiles, z właściwą sobie beztroską, wyjaśnił mi, że jego ukąszenie jest śmiertelne). Aquilesy stwierdzili, że miło z mojej strony, ale zostaną w łódce żeby pilnować silnika. Ok. ich wybór. Uważając na węże pobiegłem do domku i położyłem się spać.

Brrrrrr...brrrrrrr...bruuuuuuuu... Obudziło mnie burczenie i ból brzucha. Boli, ściska, przelewa się. Jak na złość zemsta faraona, po miesiącu znieczulicy, postanowiła dopaść mnie akurat TUTAJ. Wygrzebałem czołówkę, chusteczki i wyjrzałem spod moskitiery. AAAA! Aż wrzasnąłem i podskoczyłem z przerażenia. Podłoga się rusza! Okazało się bowiem, że karaluch Zenek, poznany na klamce i bezczelnie przeze mnie wyśmiany, postanowił w ramach focha wezwać wsparcie. W postaci kilkudziesięciu kolegów. Patrzyłem z niesmakiem na wędrujące podłoże, ale niestety - sraczka nie taksówka - nie zaczeka. Wytrząsnąłem karaluchy z butów i wybiegłem w ciemność. Tup, tup, po mega śliskich po ulewie, drewnianych schodach, pobiegłem za wioskę coby wiochy nie robić. Wparowałem w krzaki, kucnąłem i... wtedy uświadomiłem sobie błąd, jaki popełniłem. Pocięty tu i ówdzie niebotycznie, obiecałem sobie, że nigdy więcej nie wyjdę spod moskitiery bez nasmarowania się repelentem. Cały w bąblach, wróciłem pod moskitierę.

Brrrrrrr...brrrrrrr... Znamy to już. Zwijając się z bólu i hamując odruchy wymiotne, wystawiłem głowę spod moskitiery, wytrząsnąłem karaluchy z butów i pobiegłem do łodzi po lekarstwa. Szit! Repelent!!! Jak ktoś nie ma w głowie - to potem ma na d... Bogatszy o kolejne 20 ukąszeń wróciłem do domku, gdzie okazało się, że cała moja woda pitna wylała się wprost do mojego plecaka. Ostatnim łykiem zalałem smectę, którą wsypałem pod język, po czym próbowałem zasnąć.

Przysnąłem.

Śniło mi się, że bolał mnie brzuch. Obudził mnie taki skurcz, że łeb mi wypadł za moskitierę, przy czym, przypomniawszy sobie o ruchomej podłodze, oprzytomniałem od razu i schowałem się z powrotem. Skurcz. Ból. Gęsia skórka. Muszę lecieć. Skurcz. Nakładam spodnie (jak się później okazało - tył na przód). Skurcz. Repelent. Skórcz - chyba nie zdążę. W desperacji wymacałem po ciemku latarkę - czołówkę i chusteczki higieniczne. Skurcz - tym razem taki, że znów wyleciałem za moskitierę. Wiedziałem, że pozostało mi jakieś 20 sekund. Nie zważając na karaluchy w butach, włożyłem je (buty) na nogi i wybiegłem przed domek. Skurcz spowodował, że prawie zgiąłem się w pół, ale do końca nie zdążyłem, bo w tym samym czasie spadłem ze schodów wciąż śliskich po deszczu. Latarka spadła i wyłączyła się. Próbowałem wstać i ją znaleźć, niestety kolejny skurcz sprawił, że nie zważając na jadowite węże i względy estetyczne (wciąż znajdowałem się pod schodami do domku) musiałem załatwić potrzebę dokładnie w miejscu w którym stałem.

Po 20 minutach, które spędziłem zasadniczo wykonując tylko jedną czynność, udało mi się odnaleźć latarkę. Gdy tylko, przykryłem moje "dzieło" paroma symbolicznymi listkami, wlazłem po schodach wytrząsając przy okazji ostatnie komary z nogawek. Gdy wczołgałem się pod moskitierę uważając, by przypadkiem nie podrapać się po zapuchniętych, czerwonych od bąbli czterech literach, mój repelent (leżący bezpiecznie w plecaku) zaśmiewał się w niebogłosy. To była najdłuższa noc w moim życiu.

O mnie

hefi

hefi
Marzenie:

Miesięczna wyprawa po dżungli amazońskiej w Wenezueli.Po kilkudniowej wprawce w Peru mogę powiedzieć,że tętniące w niej życie i dzikość zawsze będą mnie wzywać.

Tagi:

dżungla podróże piranie ludzie przygoda pasja

Adres bloga:
http://hefi.dlaniepokonanych.pl/ Kopiuj i rozsyłaj znajomym.

Zobacz inne blogi